zmywak

Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę. - św. Augustyn

Wpisy

  • sobota, 23 marca 2013
    • Moskiewskie Abecadło

      Pobyt w Moskwie się skończył, kończy się też powoli moja aktywność na tym blogu. Zapraszam za to na www.alturysta.pl, stronę na której będę dalej podróżował...
      A na razie Moskiewskie Abecadło:

      A alkohol. 'Wódka? Bez wódki ten naród sobie nie poradzi' powiedział Chruszczow. Wódka powoduje, że ludzie przybierają maski. Jedni brzydsze, inni ładniejsze. I tutaj ukazuje się potwór, a tutaj rodzi się anioł.

      B balet Rosjanie umieją robić jak mało kto na świecie. Czy Bolszoj, czy ludowy zespół Mossiejewa, trzeba zobaczyć I basta.

      C "czarni" z Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu - ogromną fala imigrantów z byłych republik, zamiata ulice, pracuje na budowach i w hurtowniach. Rosjanie mają w pogardzie "czarnych" identycznie jak Anglicy mają w pogardzie swoją tanią siłę roboczą z Polski, Bangladeszu i Jamajki.

      D dobroć i jej nieoczekiwane oznaki. A to pani w metrze da balonik siedzącej obok biedni wyglądającej dziewczynie, a to ktoś się uśmiechnie do nieznajomej osoby na ulicy. Dobroć czasami zwycięża moskiewskie ponuractwo.

      E edukacja. W Rosji trzeba wychowywać nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Zdaniem władzy człowiek bez.edukacji się popsuje. Dlatego wszędzie można spotkać morały, puenty i pouczenia. "Drodzy pasażerowie, wsiadanie w biegu do pociągu to stres dla maszynisty i pasażerów", "Pilnujmy dzieci, nie pozwólcie by wasze dzieci stały się inwalidami".

      F fałszywy przekaz. Bo z jednej strony Rosjanie brzydzą się swoim krajem, wstydzą obyczajów, i pragną Europy. A z drugiej strony są dumni ze swojej mocarstwowej historii, kochają swoje imperium i uważają, że pomimo uporządkowania i piękna Europy, oni by się tam udusili.

      G gwar. Moskwa to hałas generowany przez 6- pasmowe autostrady w środku miasta, ryk klaksonów i pouczenia Policji wykrzykiwane przez megafony radiowozów. Hałas budujących się drapaczy chmur, reklamy odtwarzane przez głośniczki w witrynach sklepów. No i głośna zachodnia muzyka w restauracjach. I tak przez.całą dobę. Moskwa nie śpi nigdy.

      H halucynacje. Gdy idę reprezentacyjnym Arbatem, widzę sklepy Ferrari, Gucci (każda marka drogiego zegarka sie wystawia w Moskwie), myślę jak bardzo kapitalizm zapanował w Rosji. Rosja połknęła przynętę kapitalizmu bez zakąski, bez najmniejszego grymasu. A potem w przejściu podziemnym znajduję kalendarz "Stalin 2013", zdaje mi się że mam halucynacje. Moskwa potrafi przyprawić o halucynacje.

      I inastrancy czyli cudzoziemcy. Niedobrze, że przyjechali (problemy), źle że się interesują (mogą być jeszcze większe problemy), prawią komplementy (dziwne i podejrzane). Niech już wracają do siebie. Inastrancy padają ofiarą Moskwy jak mało kto. Bo Moskwa zmienia każdego, czy się.tego ma wolę i świadomość, czy nie.

      J jadłodajnie typu 'stołówka nr. 1' - najlepsze w Moskwie miejsca, w których można zjeść relatywnie tanio i lokalnie. Od pielmieni (pierogów), poprzez blinczyki po kuricu z kartożkami (kurczak z frytkami).

      K kuriaszczi, nie kuriaszczi, czyli wszystkie lokale mają miejsca dla palących I nie. Obyty moskwiczanin wybiera 'dla palących', bo stoliki dla niepalących dziwnym trafem są zawsze pomiędzy zmywalnią naczyń a WC.

      L Lenin - jest wszędzie, w metrze, na skwerach i placach. Na Placu Czerwonym Lenin został obudowany ogromnym białym kokonem. Mówią że to remont, bo.to dach przecieka. Ja myślę, że Dziaduszka się przepoczwarza z karat w motyla.

      M mafia Dziada Hasana zastrzelili w biały dzień, obok Muzeum Czajkowskiego. Lepiej schodzić z drogi Maybachom parkującym na chodnikach i omijać blondynki eskortowane przez trzech ochroniarzy do Salonu Krasoty (Piękności)

      N niepokorność wobec władzy. Czasami coś się dzieje na Triumfalnej Płoszczadi, pojawia się policja i wojsko, kogoś aresztują, ktoś krzyczy zza krat radiowozu, dziennikarze się kręcą dookoła i wtedy bogate blondynki podążające do bogatych restauracji na Twerskiej się denerwują, bo "pacany" znów.zamknęli ulicę.

      O ochrona. Ochroniarz jest synonimem bogactwa i gwarancją spokoju. dlatego każdy porządny sklep, firma ma ochroniarza.

      P pieczątki, priglaszczenia, bumaszki, przepustki. Rosjanie kochają papierologię i traktują ją bardzo poważnie.

      R ruch drogowy - samochód jest najważniejszy. Pieszy musi się nauczyć omijać maszyny zaparkowane na chodnikach i przejściach dla pieszych i orientować w rozmieszczeniu przejść podziemnych.

      S sosułki, czyli sople, które spadają z dachów każdej zimy zabijając pokaźną ilość osób każdego Roku. Dlatego w zimie nie chodzi się pod murami.

      T Triumfalnaja Płoszczad. Stacja Metra z ponadnaturalnej wielkości figurami pionierów komunizmu. Jest tam pogranicznik z psem, którego trzeba obowiązkowo pogłaskać po pysku by, bronił Ojcowizny.

      U uprzejmość jest zredukowana do minimum. W sklepie nie mówi się "proszę", dziękuję czy "do widzenia". Pchanie kogoś i przepychanie się w metrze, w sklepach, nawet w kolejce do filharmonii jest na porządku dziennym i akceptowalne. Po pewnym czasie człowiek nabiera pewnego rodzaju znieczulicy i gruboskórności.

      W władza. Katarzyna II, Iwan Groźny, Lenin, Stalin ... Rosja zawsze miała twardych I okrutnych władców. Może to kwestia klimatu, może kwestia ogromu kraju? W każdym razie o.władzy Rosjanie nie dyskutują albo mówią wyłącznie dobrze.

      Wysotki - siedem sióstr - budynków bardzo podobnych do naszego warszawskiego Pałacu Kultury. Są znakami historii. Ale młodzi moskwiczanie lubią je za styl i za to, że dodają kolorytu rosyjskiej stolicy (pal licho ideologia). Wysotki są świetnymi punktami orientacyjnymi, bez nich byłoby się łatwo zgubić w Moskwie.

      Z zakuski, czyli zakąski. Dobre w czasie party biurowego. Najlepsze blińczyki z kawiorem, (naleśniki), ale i że śledziem dobre. I jakąś szynka gatunkowa, pomidory prosto z ogródka, ale ogórki kiszone (solienyje) przede wszystkim.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      sobota, 23 marca 2013 00:50
  • środa, 12 grudnia 2012
    • Muzeum spełnionych marzeń.

      Nad Muzeum Memoriałem Kosmonautyki w niebo startuje rakieta postawiona na dziewięćdziesięciu dziewięciu metrowym postumentem. Na dole, w cokole maszerują Gagarin, Lenin i lud pracujący, ku lepszej przyszłości jaką jest podbój kosmosu. Samo muzeum zaczyna się wielką salą z pomnikiem Gagarina, stojącego dumnie w skafandrze na tle witrażu, prawie jak w kościele.





      Jest naprawdę dużo ciekawych eksponatów do oglądania. Kapsuła, w której poleciała w kosmos Łajka. Biedna psina nie wróciła z powrotem, o czym dowiedziałem się dopiero w muzeum i w ten sposób zawalił się mój mały prywatny mit. Co gorsza, pogrzebawszy w internecie, gdy dowiedziałem się, że Łajka nie zdążyła zjeść 7mej porcji jedzenia, tej z trucizną (bo wrócić nie miała nigdy-takie było założenie), gdyż po prostu zdechła z przegrzania. Kapsuła Łajki jest wielkości pralki i przeraziło mnie, że w czymś  takim można podróżować w kosmos.
      Obok w gablotach stoją dumnie wyprężone Biełka i Striełka, którym udało się wrócić już z kosmosu. Wypchane zwierzątka mają wyprzężone pazury i wytrzeszczone oczy, jakby to co zobaczyły, przeraziło je zupełnie.
      Dalej już jest mniej makabrycznie. Świadectwo (gramota) Gagarina, chałupa Ciołkowskiego, który na wsi konstruował rakiety. Potem Luna3, która zrobiła pierwsza zdjęcia ciemnej strony księżyca. Są sojuzy (strach w czymś takim małym polecieć w kosmos, toto ma rozmiar przyczepy kampingowej!). No i stacje kosmiczne, łunochody, skafandry i przybory do siusiania, wszystko w co trzeba się zaopatrzyć przed podróżą w przestrzeń pozaziemską.
      Teraz, gdy propaganda opadła i kolejny ekonomiści wyśmiewają koncepcje podróży pozaziemskich i wiadomo, że jesteśmy i będziemy długo długo samotni w tym wszechświecie. A dawna kosmonautyka przypomina, że każde marzenie może się ziścić, tak jak się spełniły marzenia i idee nauczyciela matematyki i fizyki z Kaługi, Konstantego Ciołkowskiego.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 12 grudnia 2012 21:25
  • niedziela, 02 grudnia 2012
    • Podziemna etykieta

      Moskiewskie Metro jest trochę podróżą do innego świata. Na początku jest przeważnie monumentalne wejście, z automatami i kasami, w których siedzą panie w szarych fartuszkach. Mijamy bramki - bilet trzeba przytknąć do czytnika, inaczej bramki grają piskliwą melodię i zamykają się z hukiem przed gapowiczem.

      Potem jazda długimi schodami ruchomymi, czasami trwająca aż 3 minuty. Korytarz zjazdowy jest przestronny, ale przeważnie słabo oświetlony żółtym jarzeniowym światłem, na górze reklamy, na dole głośniczki nadające kolejne reklamy i ostrzeżenia dla podrożnych. Za to korytarze metra są piekne; przestronne, funkcjonalne i niesamowicie ozdobione. Panuje stylistyka stalinowsko-leninowska: tutaj przodownicy pracy, tutaj szczesliwe narody Zwiazku Radzieckiego, tutaj Dziaduszka Lenin.
      Pociągi stare, ale wydajne , w szczycie mkną nawet co 50 sekund, co nawet dla świeżo  zmodernizowanej londynskiej linii Jubilee jest osiągnięciem nie do przejścia.
      Piekno i czar moskiewskiego metra najlepiej zobaczyc na własne oczy, albo na zdjeciach.
      Specyficzna jest etykieta w samych pociągach: z jednej strony dogmatyczne przestrzegana dżentelmeństwa, w wyniku której młodzi mężczyzni nie siadają w ogóle. Miejsca ustępuje się każdej kobiecie po 40stce natychmiast, a ona siada z ponurą miną nie mówiąc nawet dziękuje. (Trudno porównywać z londyńskim metrem, gdzie emancypacja zaszła tak daleko, że kobiety w ciąży muszą się dopychać do miejsca). Z drugiej strony można doświadczyć najgorszego przepychania, nastąpywania na nogi, zwłaszcza przy momencie wchodzenia i wychodzenia. Tak, o ile w Londynie wszyscy czekają w apatycznej kolejce, aż wysiadający wysiądą, po czym dopiero się wsiada, to w Moskwie wsiadanie i wysiadanie odbywa się symultanicznie, aby zdażyć przed komunikatem "Uważajmy pasażyry, dwieri zakrywajetcia), po którym drzwi się zatrzaskują bezlitośnie bez czekania na spóźnialskich.  

      Kolejnym zwyczajem jest ‘wyczekiwanie’ następnego przystanku. Bowiem już w czasie jazdy pasażyry ustawiaja sie twarzą do drzwi i gapiac sie w ciemnosc za drzwiami balansują na szeroko rozstawionych nogach. Bo w moskiewskim metrze poręczy się trzyma w ostateczności. Zatem stoją wszyscy z ponurymi minami, kołysząc się razem z kołysaniem wagonu.
      Nie wolno się uśmiechać. Kto się uśmiecha, albo stroi zaloty albo jest obłąkany. Dlatego ludzie taksuja się spojrzeniami, z minami znudzonymi, poważnymi i markotnymi.



      Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem o jednym wyjątku; sytuacji, kiedy można zobaczyć uśmiech na twarzy obcego. To tylko na schodach ruchomych zdarza się, że ludzie jadący w górę ślą uśmiech do ludzi jadących na dół i odwrotnie. To bezpieczne, bo tej osoby prawdopodobnie już się nigdy nie spotka w ponad 6 milionowej grupie pasażerów, która codziennie podróżuje podziemiami Moskwy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Podziemna etykieta”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2012 22:59
  • czwartek, 18 października 2012
    • Babie lato w carskim sadzie

      Carska posiadłość Kolomenskoje ma długą i bogatą historię. Posiadłość założona by uczcić narodziny Iwana Groźnego była zamieszkiwana przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II.
      Potem zaczęła się rewolucja, a cały teren został przekształcony w skansen architektury. Miejsce jest piękne i urokliwe, dziwnie spokojne jak na śpiącą Moskwę, która nigdy nie śpi. Spod cerkwi Wniebowstąpienia rozciąga się widok na rzekę Moskwę i okoliczne dzielnice. Stoję i podziwiam. Dawniej pewnie spacerowali tutaj carowie, teraz odpoczywają zupełnie niecarscy moskwianie i moskwianki. Dawniej pewnie z Kolomenskoje widać było puszcze i knieje, teraz widać ścianę wieżowców z zagubioną gigantyczną cerkwią pomiędzy nimi. A jak bliżej spojrzeć, widać nieużytki i upadłe fabryki, czekającego na kolejnego dewelopera ze sprytem i pieniędzmi.

      Nie bawię długo przy kościele, bo pobliska dzwonnica rozbrzmiewa do 15 minut kaskadą wściekle brzmiących dzwonów. Uciekam w ciszę. A tam dalej są i wąwozy, i puszcze, górki i doliny. W końcu trafiam do carskiego sadu. Jest czas babiego lata (w Rosji też tak to nazywają). W powietrzy buszują jeszcze owady, czuć zapach zgniłych jabłek. Tutaj zaradni miejscowi zrywają jabłka, używając podbieraków wykonanych własnoręcznie, z plastikowej butelki i wędki. Kręcę się trochę wśród drzew i w końcu wypatruję dwie papierówki. Są pyszne, soczyste i smakowite. A po niebie lecą gęsi, pewnie uciekają przed zimnem gdzieś na południe.   








      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Babie lato w carskim sadzie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2012 22:48
  • czwartek, 27 września 2012
    • 104 lata temu

      Zupełnie przypadkowo znalazłem film nakręcony w Moskwie 104 lata temu. Jakby się nie wpatrywać w szczegóły, to wiele się nie zmieniło; teraz tylko drogi szersze, a na horyzoncie niczym kaktusy na pustyni sterczą stalinowskie 'pałace kultury'. Dorobkiem ostatnich lat są drapacze chmur na przedmieściach, w tym budująca się najwyższa w Europie Wieża Federacji (ponad 500 metrów wysokości). A oto już film.

      http://www.youtube.com/watch?v=EPgbIK002us

      W tle muzyka Aleksandra Borodina, petersburskiego lekarza, naukowca i wykładowcy. Pan Borodin malował, rysował i w niedzielę pisał muzykę, dostając się do grona pięciu najważniejszych rosyjskich kompozytorów romantycznych. Borodin był pierwszym, który wywnioskował związek pomiędzy podwyższonym poziomem cholesterolu a chorobami serca. O ironio, zmarł na zawał serca w wieku lat 54. Nie warto igrać z cholesterolem. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 22:37
  • środa, 26 września 2012
    • Między nami expatami

      Pub "Hudson" został jakby stworzony specjalnie dla emigrantów. Tych bogatszych, z Zachodu, nazywających się dumnie expatami.
      Bar wygląda prawie na amerykańskie miejsce. Wysoki bar, rząd foteli, skórzane kanapy, ciemny wystrój, kamienna podłoga. Tak jak w Ameryce, tylko jakoś nieprawdziwie, tylko barmani mówią słabo po amerykańsku, tylko trzeba płacić Rublami, a za oknem reklama Aeroflotu.
       
      Bar jest ostoją dla całego biznesu, który przybywa robić interesy w Rosji. Mieszają się różne anglosaskie akcenty. Właściciele pubu to Australijczycy, obok siedzi Nowozelandczyk, obok Anglik marudzi i kręci nosem na wszystko, a jeszcze dalej słychać gardłowe pokrzykiwania Amerykanów. Bogatsza połowa kuli ziemskiej w pigułce. Expaci narzekają na wizy, obłędny ruch uliczny, krzywe chodniki, brudne klatki schodowe i puszczają do siebie oko "jasne, Rosja to stan umysłu". Brzydzą się cyrylicą, nie znoszą blin i barszczu i pogardą darzą gospodarzy. A jednocześnie myślą o puchnących własnych kontach bankowych i cieszą się, że zdołali ubić kolejny interes z 'dzikusami zza żelaznej kurtyny'.

      Jest też w Hudsonie miejsce na imprezę firmową. Otyły obleśny szef z teksańskim akcentem wznosi toast, rosyjscy pracownicy szczerzą zęby w uśmiechach, a zgrabne dziewczyny ustawiają się do zdjęcia z szefuniem. Jest nawet tajska żona szefa, z dzieckiem. Dziecko trochę się krztusi w oparach dymu papierosowego, ale tatuś dumny jest z córeczki.

      Przy stoliku pod oknem siedzą wypięknione Tatiany, Julie i Galiny. Czekają na okazję, na bogatego księcia z bajki, który ich zabierze z brudnej Moskwy do krainy McDonaldsa, Coca Coli i Starbucksa. Są zdesperowane, więc niechcący zaczepiają przygodnych mężczyzn i zapraszają do ich stolika. "Chodź, porozmawiajmy, poznajmy się" mówią koślawą angielszczyzną.

      Płacimy słony rachunek, wychodzimy w chłodny wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoją inni expaci. Zmęczona i słaniająca się na nogach po dniu pracy grupka Tadżyków, Uzbeków i Kazachów czeka na swoją marszrutkę. Wyglądają bardzo młodo, może szesnaście, może osiemnaście lat. Ubrani biednie, w staromodne wyświechtane dżinsy i czarne kurtki, ściskają w rękach poszarpane reklamówki. Podjeżdża rozklekotany minibus, expaci ładują się bezładnie do środka i od razu zasypiają zmęczeni.

      Jest późno, Moskwa też mróży oczy (chociaż Moskwa nie śpi nigdy). Moskwa jest spokojna, jak pasożyt wyciśnie jeszcze ostatnie soki i z garniturowców w pubie Hudson, i z biednych robotników śpiących w marszrutce. Schodze do metra. Nie mogę zgadnąć, czy Lenin na stacji Białoruska uśmiecha się cynicznie, triumfalnie, czy może ze smutkiem?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Między nami expatami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 26 września 2012 23:40
  • środa, 19 września 2012
    • Jak melon

      Rosjanin jest trochę jak melon. Z zewnątrz twardy, chropowaty, szpetny. I dopiero kiedy dostać się do wewnątrz, ma się pełny obraz. I tacy są Rosjanie i Rosjanki. Prawie nie uśmiechający się, czasami smutni, gburowaci. W moim biurze nie było inaczej; codzienne rozmowy z Tatianami, Aleksandrami i Sergiejami ograniczały się do grzecznościowego 'dzień dobry' i krótkiej pogawędki, raczej z obowiązku niż przyjemności.

      Tak było do czasu, kiedy zostałem zaproszony na wieczorną nasiadówkę po pracy. A raczej uroczyste obchody Dnia Pracownika Sektoru Budownictwa. A ponieważ pan Sergiej szedł na dwutygodniowy urlop, okazja była podwójna: urlop i święto.
      Na stół w pokoju narad wjechały więc ogórki, pomidory (działkowe, nie supermarketowe), słonina, szynka, ciasto no i melon. Uwaga: melon rosyjski, lepszy niż ten z Uzbekistanu, bo słodszy. Nie zabrakło wina i - aby było światowo - tequili.
      Były toasty - za sektor budownictwa, za gospodarzy, za gości, za Rosję, za Szkocję, za Polskę też. I tak jak w porównaniu z melonem, ponure na co dzień towarzystwo biurowe przekształciło się w jedną rodzinę. I zaczęły się dyskusje o tym, co Rosjanom najprzyjemniejsze; o banji, czyli lokalnej odmianie sauny (koniecznie z bitkami wierzbowymi), o daczach, czyli weekendowych ostojach spokoju moskwian, którzy na co dzień żyją w blokach i z naturą mają mało kontaktu. 
      Dyskutowaliśmy też o jedzeniu, o siedemnastu rodzajach barszczu, o pierożkach (które nie są pierogami), o blinach, o kawiorze (no jakże) i o sushi, które ostatnio zawładnęło rosyjską kuchnią.

      Przyszedł też czas wyszukiwania podobieństw rosyjsko-polskich, i od 'Czterech Pancernych i Psa' i 'Wilka i zająca' aż po podobne zamiłowanie do świniny, kurczaka i słoniny. Potem było trochę narzekania na wszystko - co też mamy dosyć wspólne w obu nacjach - a potem się rozeszliśmy do swoich domostw. I mimo, że nazajutrz w biurze wszyscy byli podobnie ponurzy i gburowaci (zwłaszcza na kacu), dla mnie było to jednak ciekawe i ważne doświadczenie. Pierwszy raz bowiem od paru tygodni udało mi się zajrzeć za tą skorupkę melona i przekonać się, ze sądzenie na podstawie pochopnych obserwacji może być daleko mylące.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak melon”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2012 22:28
  • czwartek, 13 września 2012
    • Pas transmisyjny kosmosu

      Ponieważ mieszkam tuż obok stacji metra Majakowskaja, dlatego z Władimirem Majakowskim zacznę spacer po Moskwie.




      "Myśl waszą
      marzącą na rozmiękczonym mózgu,
      jak lokaj spasiony na zatłuszczonej otomanie,
      będę drażnił o okrwawiony serca muskuł,
      bezczelny i zjadliwy wyznęcam się każdym zdaniem.
      Nie mam w duszy swej ani jednego siwego włosa,
      nie gra starczej czułości flet w niej!
      Opromieniwszy świat gromem głosu,
      idę - piękny
      dwudziestodwuletni."


      Majakowski: poeta futurysta, potem rewolucjonista i propagandysta. Pod koniec, gdy utopii nie dało się wprowadzić w życie, Władimir odważył się na polemikę z systemem, który poprzednio wychwalał. Po jego tajemniczym samobójstwie został wykorzystany w Rosji jako tuba propagandowa. Stąd późniejsza zaszczytna lokalizacja pomnika na Placu Zwycięstwa i futurystyczna (jak na lata pięćdziesiąte ) stacja metra nazwana jego imieniem. Dzisiaj pomnik Władimira stoi na skrzyżowaniu dwóch wiecznie zakorkowanych moskiewskich megaulic. Obok przemykają w mercedesach i BMW nowobogaccy, a w przejściu podziemnym Tadżykowie handlują podróbkami zegarków i kradzionymi komórkami. Na rogu kebab i bliny na wynos, a parę kroków dalej, pod kryształowymi żyrandolami siedzą paniusie z z wybotoksowanymi ustami, nad filiżanką kawy za 300 rubli. 300 rubli to też dzienna pensja imigranta z Uzbekistanu, który przybył do Moskwy w poszukiwaniu lepszego życia. Tło dla pomnika stanowi poststalinowski Hotel Pekin, który został zaplanowany jako siedziba bezpieki. Stąd podobno w korytarzach, nad wejściami do pokojów lampki czerwone i zielone, które miały informować gdzie się odbywa przesłuchanie. Obok w nocy lśnią neony Audi, Subwaya i Starbucksa. Moskwa pokochała kapitalizm do bólu, ale nadal nie może zapomnieć dawnych czasów.

      Ze wszystkich stacji metra Majakovskaya urzekła mnie najbardziej. Posrebrzane elipsoidalne kolumny, fantazyjne plafony (ze wzorkiem w gwiazdy, sierpy i młoty) i mozaiki na suficie.



      Można spacerować i podziwiać panoramę Kremla z samolotami, sterowce, spadochrony, narciarzy, ale też i jabłoń i kombajn w łanach zboża.



      Na górze utopijne marzenia, a na dole codzienność: zmęczeni ludzie wracający późno z pracy, emerytki którym brakuje do pierwszego i studenci, którzy nie są pewni swojej przyszłości. A może się mylę? Może trzeba po prostu uwierzyć w to co mówi poeta Władimir?

      "Ścięgna i mięśnie - pewniejsze od próśb!
       Nie czekać aż się zmiłuje czas!
      Nie błagać litości losu!
      Toć trzyma w garści każdy z nas
      pas transmisyjny kosmosu!"


      cytaty: "Obłok w spodniach", przekł. Mieczysław Jastrun

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 września 2012 22:18
  • środa, 12 września 2012
    • Zamiast wstępu (lipiec)

      No i sie stało. Srebrnoniebieski samolot lini Aeroflot wylądował z paroma podskokami, a z nim i ja. Rozemocjonowany, ciekawy i trochę przestraszony. Moskwa przywitała przytłaczającym upałem, spalinami i hałasem. Celniczka z chmurnym wzrokiem wbiła pierwszą pieczątkę do paszportu, nie odpowiadając nawet na moje wyćwiczone "zdrastwujtie". No nie za dobry początek.

      Parę kroków od terminalu czekał na nas czerwony pociąg Aeroekspress, łączący lotnisko z centrum miasta. Dziwna to była podróż. Najpierw jechaliśmy lasem, gęstym sosnowym i brzozowym, niczym w jakiejś puszczy. Potem pojawiły się pierwsze satelickie osiedla - wielkie dwudziestopiętrowe bloki, niektóre z cegły, inne z płyty żelbetowej, inne w nowoczesnym stylu, z łukami, złoceniami i marmurowymi portalami okien. Prawie przy końcu minęliśmy slamsowe osiedle immigrantów ze wschodu, którzy egzystują w czteropiętrowych kontenerach, suszą pranie, śpią w upale i robią swoje małe biznesy, podczas gdy bogaci przemykają obok klimatyzowanym pociągiem.

      Po wyjściu z pociągu Dworzec Białoruski jawił się jak zaczarowany zamek, z basztami, bramami i zdobieniami - na dodatek w kolorze seledynowym. Na zewnątrz było już mniej bajkowo, ale nadal egzotycznie: tłum podróżnych w garniturach, rencistki sprzedające rajstopy na chodniku, dziewczyny w miniówkach z najnowszymi torbkami Louis Vitton, zebracy, wojskowi w charakterystycznych wielkich czapkach, i cwaniakujący taksówkarze. Stanąłem zdezorientowany. Cały plac przed dworcem, tak jasno i przejrzyście wyglądający na mapie był ogromnym placem budowy poprzetykanym kilkupasmowymi szosami. Wśród tego chaosu kluczyli piesi, po niby pomostach ułożonych z grubych desek. W którą stronę iść? Skoncentrowałem się na pisanej cyrylicą tabliczce z nazwą ulicy, wydukałem coś i poszedłem wzdłuż wykopów, ogrodzeń i stoisk z gazetami i majtkami, obok białej cerkwii ze złotymi kopułami i świeżo zbudowanych wiezowców z granitu i szkła. I tak, bez zbytnich fajerwerków zaczęła się przygoda z Moskwą, miastem pełnym sprzeczności i kontrastów tak wielkich, że aż trudno to sobie wyobrazić. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zamiast wstępu (lipiec)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 12 września 2012 22:55
  • wtorek, 04 września 2012
    • Koniec albo początek

      Najpiękniejsze w Londynie jest to, że nie można się nim nigdy znudzić. Każdego dnia można odkryć nową uliczkę i poznać nowy zakamarek. I czy to jest zapomniany wiktoriański cmentarz w środku miasta, przypadkowo znaleziony sklep z rosyjskimi smakołykami, czy kamieniczka z malowniczo kolorowymi drzwiami wejściowymi, zawsze mamy wrażenie, że odkrywamy nowy świat. Tak było i tym razem. O Hoxton wiedzieliśmy od dawna, bo tam się kierują co piątek tłumy żądnych zabawy londyńczyków. Za skwerem otoczonym modnymi knajpami i restauracjami zaczyna się prawdziwy świat Hoxtonu.

      Mijamy domy komunalne, wybudowane z biednej cegły i straszące brudnymi oknami oraz bałaganem na balkonach. Tutaj już nie zapuszczają się modni londyńczycy. Mijamy lokalny urząd pracy, stołówkę dla bezdomnych i wchodzimy na targ na Hoxton.



      Nie ma tutaj banków, ani sklepów z modną odzieżą. Są sklepy charytatywne, Poundland i Iceland - kraina tanich mrożonek. Jest sobotnie popołudnie. Sprzedawcy zabawek i proszków do prania zwijają swoje parasole i stoiska na łóżkach polowych. W witrynie piekarni stoi wiekowa właścicielka i dzwoni dzwonkiem. 'promocja, wszystko za funta' krzyczy. Kupujemy dwa chleby (dwa za funta, jeden za 80 pensów). No i decydujemy się na babeczki z brytyjską flagą (to są olimpijskie babeczki kochanie, dodaje właścicielka z przekąsem).

      Zjadło się deser, ale moment, nie jedliśmy jeszcze obiadu. Na przeciwko jest starodawna kantyna sprzedająca pewnie od stu lat paje (coś w rodzaju gulaszu zapiekanego w cieście) i jellied eels (węgorze w galarecie). Zamawiamy po pie z ziemniakami pure. Wystrój miejsca jest prawie stołówkowy; drewniane krzesła i stoły, a na podłodze rozsypane trociny. Obiad smakuje średnio, ale czego można się spodziewać od gulaszu zapieczonego w cieście i podanego z ziemniakami tłuczonymi w wodzie, wszystko pływające w sosie szczawiowym.





      Węgorze są zjadliwe, po czym zgadujemy w jakim celu wysypano trociny na podłodze. Chyba za dawnych czasów ości węgorza wypluwało się bezpośrednio na podłogę, więc dla bezpieczeństwa konsumentów sypano to trocinami. Kończymy danie i słuchamy wschodniolondyńskiego akcentu obsługi, który brzmi prosto jak ze słynnego serialu Eastenders. Wycieramy ręce (nie spluwając na podłogę) i żegnamy się z życzliwą obsługa, która korzystając z małej ilości klientów sama sobie zaserwowała też paje z sosem szczawiowym. Na Hoxton Market zostają tylko śmieci po sprzedawcach, i pierwsze sklepy opuszczają grube żaluzje w oknach.

      Daleko, prosto na południe, widać wieżowce City wraz z obłym ogórkiem. Żegnamy Hoxton, żegnamy też City i wyruszamy w nową drogę. I tak się kończy ten blog o Londynie i nie tylko. Wielka Brytania pozostanie miejscem, które się i kocha i nienawidzi, wszystko zależy od punktu widzenia.   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec albo początek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 września 2012 17:49

Kanał informacyjny