zmywak

Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę. - św. Augustyn

Wpisy

  • środa, 21 grudnia 2011
    • Pożegnanie z Kuala Lumpur

       Na koniec opowieści z krainy imbiru, ostatni przystanek z Kuala Lumpur. Pokój hotelowy mamy podobny jak w Singapurze: mały i z lustrem zamiast okna. Jest jeszcze cieplej i wilgotniej. Do tego dochodzi ciężar wielkiego miasta, niezauważalny z nowoczesnym Singapurze. W KL oglądamy i super luksusowe centrum handlowe pod słynnymi Petronas Tower, ale widzimy też ludzi łowiących ryby w rzece - ścieku. Jest to kraj muzułmańskich twardych rządów, ale też otwartych kasyn i dostępnego wszędzie alkoholu. Tutaj w najbardziej widoczny sposób ściera się Azja, ta dzika i dawna, z nową Azją, nowoczesną i postępową.



      Dzielnica chińska, już nie taka błyszcząca, ale dalej czarująca.




      Petronas Towers, wieżowce giganta naftowego.





      Dzielnica hinduska to oczywiście sklepy.








      Centrum miasta wygląda niczym kadr z filmu "Pan Kleks w Kosmosie".






      Małpy są gospodarzami w jaskiniach Batu, najpoularniejszym W Malezji hinduskim sanktuarium.

      W jaskiniach za to szaleją nietoperze.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pożegnanie z Kuala Lumpur”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 21 grudnia 2011 23:19
  • niedziela, 11 grudnia 2011
    • W pomarańczowozłotym Singapurze

      "W pomarańczowozłotym Singapurze
      W burzę
      Gdy deszcz gorący trąca liście palm
      A pociemniałe niebo z ziemią łączy
      Oparów zenitalny szał
      W gorąco-otępiałym Singapurze
      W burzę
      Pod wiatrem gną się baobabów pnie
      Tam z sercem uwięzionym w moskitierze
      Przyzywam imię twe"
      Tak śpiewał Jonasz Kofta w spektaklu Teatru Syrena, który oglądałem w zeszłym wieku i w zeszłej epoce, dokładnie w 1988 roku. I stąd moje pierwsze skojarzenie dotyczące tego miasta. Jeszcze kilkanaście lat temu Singapur to było miejsce na końcu świata, niedostępne dla śmiertelników (za wyjątkiem Tonego Halika i Elżbiety Dzikowskiej). Minęły 22 lata, i Zmywak we własnej osobie zawitał do Singapuru. Jakie wrażenia? Niezwykłe.
      Po pierwsze, jak gdzieś usłyszałem, to miasto wyprzedzające 20 lat najbardziej rozwinięte europejskie stolice. Prawda? A jakże. Wystarczy spojrzeć na dżunglę drapaczy chmur (Londyn się chowa), przejechać się klimatyzowanym metrem, by poczuć się jak w filmie science-fiction.





      Singapur to państwo zakazów. Nie wolno tutaj importować gumy do żucia, kajdanków, nie wspominając o nieprzystojnych filmach i nieprzyzwoitych piosenkach. Zabronione są billboardy jak i talerze anten satelitarnych. Właściwie na wszystko są zakazy i kary, ale może dlatego to miasto wydaje się tak uporządkowane i czyste?




      Ale Singapur to nie tylko reprezentacyjne biurowce. Poza centrum jest sporo biedniejszych dzielnic, w których pokolonialne kamienice są przytłaczane przez biednie wyglądające bloki mieszkalne. A tam, gdzie nie dojeżdża klimatyzowane metro, mieszkają w blaszanych kontenerach robotnicy sezonowi. Jak wszędzie indziej na świecie.



      Ale nie architekturą Singapur nas urzekł do tego stopnia, że będziemy musieli tutaj wrócić (bo pytanie jest nie "czy?" tylko "kiedy?") . Otóż jedzenie, sprzedawane w jadłodajniach pod gołym niebem (tzw. hawkersach) uchodzi za najlepsze na świecie - takie jest nasze zdanie i zapewne większości, którzy odwiedzili to miejsce.



      Tutaj ręcznie zawijane, świeże sajgonki z herbatą chryzantemową.



      Tutaj zestaw napojów, do wyboru do koloru.

      Singapur to konglomerat czterech narodowości: Chińczyków, Malajczyków, Tamilów i Europejczyków. Dlatego z ciekawością wybraliśmy się i do dzielnicy indyjskiej, jak i do chińskiej. W obydwóch, oprócz kolorowych targów, najbardziej zapamiętaliśmy hinduistyczną świątynię, w której polewano posąg boga mlekiem (prawdziwym, odtłuszczonym).




      A w chińskiej dzielnicy wielkie wrażenie zrobiła przepiękna świątynia Zęba Buddy.



      Najbardziej będzie mi brakowało z Singapuru bąbelkowej herbaty (bubble tea) - mrożonej herbaty z mlekiem, w której pływała apetyczna galaretka. 




      Niestety, bąbelkowa herbata kupiona nawet w najbardziej wyspecjalizowanym chińskim sklepie w Londynie, nie smakowała tak jak ta z Singapuru. A może po prostu trzeba ją pić we wściekłym wilgotym tropiku, by naprawdę smakowała?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 grudnia 2011 21:03
  • niedziela, 27 listopada 2011
    • Za co można kochać (i nienawidzić) Bali

      Pora już kończyć wakacyjne wspomnienia. Na razie deszczowo-wietrzna rzeczywistość w mieście pełnym antypatycznych i nafukanych na siebie mieszkańców kieruje myśli do bardziej pogodnych rzeczywistości. Za co można kochać Bali?




      Za kwiaty kwitnące przez cały rok i spadające na chodniki, trawniki i stoliki, przy których pije się poranną kawę (z widokiem na morze). Żeby jeszcze bardziej podrażnić zmysły, dodam, że kawa świeżo zebrana, świeżo palona, ze świeżym imbirem.

       

      Za jedzenie, którego nie można uświadczyć gdzie indziej: tutaj Gado-gado, barrakuda pieczona w liściu bananowca, tradycyjny balijski ryż i kurczak curry.



      Na Bali jest zawsze czas na piękno i sztukę. Oto rzeźbione drzwi do... zakładu pralniczego.




      Za tarasy ryżowe (tutaj było po zbiorach, dlatego nie aż tak zielono).



      Bali (i całą Indonezję) można kochać za telenowele, łzawe, liryczne i z podkładem muzycznym wykonywanym przez orkiestrę symfoniczną. Wprawdzie do końca nie wiadomo było o co chodzi, ale poziom napięcia i głębia aktorstwa powalała. A pewnego razu zastaliśmy całą recepcję pensjonatu płaczącą razem z bohaterami w małym ekranie.



      Bali można kochać za oryginalność jej mieszkańców. Bo na jakim lotnisku na świecie można spotkać toalety z akwariami? Z rzeźbami z Ramajany pomiędzy pisuarami? Były płatki kwiatów w mydelniczce, ale to już nie dziwi.



      A za co można nienawidzić? Za całe południowe wybrzeże wyspy. Jeden dzień w Kucie, Seminiaku czy Denpasarze może zniszczyć cały czar środkowej i północnej części wyspy. Inaczej mówiąc, jeżeli chcecie trafić do Międzyzdrojów, pełnych pijanych Australijczyków w ilościach hurtowych, jedźcie tam. W Kucie znika balijska uprzejmość, miejscowi się nie uśmiechają, jedzenie nie smakowało, złote "M" McDonaldsa królowało nad plażą, a na horyzoncie było widać tylko cienie kolejnych lądujących co parę minut samolotów. Z żalem postanowiliśmy zostawić w pamięci Bali taką, jaka już powoli przestaje być.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Za co można kochać (i nienawidzić) Bali”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 23:46
  • niedziela, 13 listopada 2011
    • Czego bogu trzeba do szczęścia

      Bali jest nazywane rajem na ziemi, nie bez powodu. Klimat i bogactwo natury powoduje, że żyje się wyjątkowo spokojnie i łatwo. Trzy plony w ciągu roku, owoce, warzywa i przyprawy. Żyć nie umierać. Ale to spokój pozorny. Bowiem trudno zapomnieć o wulkanach, które od czasu do czasu potrafią wybuchnąć, a także o trzęsieniach ziemi i tsunami. Stąd powstała niezwykle endemiczna mitologia, bazująca wprawdzie na hinduizmie, ale zupełnie niepodobna do wyznania z Subkontynentu.
      Bali to właściwie wielka góra otoczona morzem. Na górze, w obłokach mieszkają dobrzy bogowie, morze to siedlisko zła. Dlatego każde domostwo ma małe, rzeźbione ołtarzyki w czterech rogach posiadłości. A Balijczycy trzy razy dziennie mają obowiązek odwiedzać te ołtarzyki, by bogowie pamiętali. I posterunek policji, i sklep spożywczy a nawet stanowisko odprawy na lotnisku takie ołtarzyki posiadało.



      Robiłem obchód ołtarzyków w naszym hotelu i oprócz parasolek ochraniających przed słońcem i kadzidełka, na ołtarzu leżało między innymi:
      - jabłko
      - makaron
      - kawałek banana
      - wianki kwiatów
      - jajko gotowane
      - wafle ryżowe
      - pieczona kukurydza
      - woda w kubku (z rurką do picia)
      To było dla dobrego boga. Pod ołtarzykiem niby "niechcący" zostawiano także prezent dla złych bogów, aby się nie mścili i dali sobie spokój.



      Na talerzyku był ryż, zioła, sezam, kwiatki i małe kadzidełko.
      Ten rytuał był powtarzany trzy razy dziennie, razem z uroczystym pokłonem, modlitwą, paleniem kadzidełka, dla każdego rogu domostwa osobno.
      Poniżej parę zdjęć z niezwykłych balijskich świątyni. Często  odzwierciedlają one mitologiczny porządek. Na górze bogowie, dookoła jezioro czy fosa symbolizujące morze.











      I mimo, iż postacie wyrzeźbione w balijskich świątyniach wyglądają niczym potwory z japońskiej kreskówki, to widocznie nie są tacy starszni, bo Balijczycy uśmiechają się bardzo często.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Czego bogu trzeba do szczęścia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2011 19:32
  • niedziela, 06 listopada 2011
    • Kurczakowy autobus

      Podróż promem z Jawy na Bali upłynęła spokojnie, bez specjalnych przygód.



      Wysłużonym promem przepłynęliśmy cieśninę, pożegnaliśmy się z gościnną Jawą i oczekiwaliśmy - uprzedzeni wiadomościami z wszechwiedzących przewodników - co najmniej tłumu naganiaczy.
      Nic z tego. Oprócz paru taksówkarzy, na stacji autobusowej w Seminiaku stały dwa autobusy, kręciło się pare sprzedawczyń ze sklepem umiesczonym na tacy położonej na głowie i gryzły się ze sobą trzy bezdomne psy. Wsiedliśmy do naszego autobusu i zajęliśmy miejsca, wiedząc, że rozkład nie istnieje i musimy i tak poczekać aż będą wszystkie miejsca zajęte. Kupiliśmy prowiant z przenośnego sklepu, poczestowaliśmy pozostałych pasażerów, bardzo zaciekawionych, że biali znaleźli się w takim autobusie. Chłopak obsługujący autobus włożył nasze plecaki z pieczołowitością do tylnego bagażnika, co było wyrazem chyba szacunki, bo bagaże innych lądowały na dachu.



      Po jakiejś pół godzinie pojawił się kierowca i ruszyliśmy. Niedaleko, bo po kilkuset metrach autobus stanął przy warsztacie, a chłopak pełniący rolę konduktora-bagażowego i mechanika z pieczołowitością napompował opony. Na następnym przystanku, parę metrów dalej dosiadła się - ku naszemu osłupieniu - kobieta z dwoma koszykami kurczaków, które z przerażeniem gdakały między sobą. Potem zatrzymywaliśmy się co krok, pasażerowie wysiadali, wsiadali, ładowali pakunki, śpiewali, palili papierosy i śmiali się z nas. Po pół godzinie, oprócz kurczaków, jechały z nami:
      - dwie skrzynie kapusty,
      - trzy kiście świeżo zerwanych bananów
      - dwa kosze papryczki chilli,
      - dziadek z siekierą, który wsiadł w środku dżungli,
      - staruszka z jednym zębem, bardzo rozmowna, ale w języku miejscowym.
      Gdy już zrobiło się pełno, zrozumieliśmy pojęcie chicken bus (kurczakowy autobus), stosowane do lokalnych autobusów w Gwatemali, jednakże sprawdzające się też po drugiej stronie globu. To nasz pierwszy kurczakowy autobus.
      Jazda trwała dalej, bez przerwy ktoś wysiadał, ładował kolejne bagaże. Zajechaliśmy do kolejnego warsztatu, gdzie mechanik podregulował sprzęgło, potem zaliczyliśmy stację benzynową i tankowanie. Nikt się nie spieszył, a my podziwialiśmy wioski z pięknymi ołtarzykami zbudowanymi na rogu każdego domostwa, albo oglądaliśmy dżunglę przesuwającą się za oknem. W końcu przyszła pora na nas i delikatnie próbowaliśmy "konduktorowi" gdzie chcemy wysiąść. Chyba zrozumiał, ale na wszelki wypadek autobus się zatrzymał przy posterunku policji, gdzie kierowca dostał dokładne wskazówki, gdzie odwieźć "białych". W krytycznym momencie nazwa naszego hotelu była na językach wszystkich pasażerów i wszyscy, razem z nami wyglądali szyldu.
      Udało się, powiedzieliśmy wszystkim "terima kasih" co znaczy dziękuję, z wprawą co najmniej Julii Roberts z filmu "Eat pray love" i pomachaliśmy. Autobus wypuścił obłok czarnych spalin i potoczył się dalej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kurczakowy autobus ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 listopada 2011 23:40
  • poniedziałek, 31 października 2011
    • Tydzień czterech świąt

      Ale się porobiło! Świąt mamy pod takim dostatkiem, że przebierać można i swiętować niemalże codziennie.

      W zeszłą środę mieliśymy Diwali, hinduskie święto światła. Z tej okazji w superkarketach znalazły się ładne wiązanki kwiatów, zestawy słodyczy specjalnie na to święto (hindusi także obdarowują sąsiadów), a nawet zestaw do czci bogini Lakshmi.


      Lakshi jest patronką pieniędzy i biznesu, więc za 20 funtów można było kupić woskową figurkę, kwiaty, pakuneczki ze słodyczami i kadzidełka.  Były też fajerwerki w naszej dzielnicy, ale wyjątkowo spokojne, więc nie było czego oglądać.

      Dzisiaj podążamy drogą Celtów, bądź Rzymian i mamy Halloween, mające prawdopodobnie swoje źródło w kulcie pogańskiej Pomony u Celtów, bogini plonów i owoców. Naukowcy upatrują genezy święta w święcie zmarłych Samhain, co znaczy w staroceltyckim "koniec lata".


      Halloween stoi u progu jesieni, więc to świetna okazja na Wyspach, by się zabawić i na chwilę odpocząć od przytłaczającej pogody i widma kilku miesięcy chłodu, ciemności i szarości.

      Jutro Święto Zmarłych, święto wynalezione w VII roku, mające za zadanie stłamszenia wcześniejszych pogańskich świąt (no bo kto pamięta o Dziadach?). Tutaj, w Wielkiej Brytanii, cmentarze pozostaną bezludne, jak przez cały rok.







      A my pewnie pójdziemy w odwiedziny na pobliski grób Williama Blake'a i Daniela Defoe. Myśląc i wspominając Bliskich, którzy odeszli.

      A 5 listopada obchodzona będzie Bonfire Night, wspomnienie egzekucji Guya Fawkesa, katolika, który w 1605 roku w słynnym spisku prochowym chciał wysadzić parlament i zabić króla. To święto bardzij symboliczne zwycięstwa anglikanów nad katolikami w Anglii. A zarazem powód do kolejnych fajerwerków i kolejnego popijaństwa.

      Tak stojąc trochę z boku, cieszę się z każdego święta. Jak cieszyłem się z hinduskimi sąsiadami, drążyłem dynię, tak jak odwiedzę jutro cmentarz i wzniosę toast z okazji Bonfire Night. Można dużo mówić o komercjalizacji, o wpływach wzajemnych kultur na siebie, wręcz o przenikaniu zwyczajów. Ale chyba najważniejsze, że w każdym z tych świąt inna społeczność znajduje zabawę,  spełnienie czy zapomnienie. I pewnie o to chodzi. Przed nami zima, brzydka i smutna, więc radujmy się, każdy jak chce i potrafi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Tydzień czterech świąt”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2011 19:47
  • środa, 26 października 2011
    • Zamknięte drzwi katedry

      Ta wiadomość pojawiła się we wszystkich emdiach, także tych polskich: "Drzwi katedry św. Pawła zostały zamknięte pierwszy raz od wojny". Powodem tego epokowego wydarzenia były obawy dziekana katedry związane z bezpieczeństwem budynku, który mógł ucierpieć od rozłożonego przed St. Paul's miasteczka namiotowego. Jak się później okazało - obawy nie mające zupełnie pokrycia w faktach, gdyż ani straż pożarna, ani służby sanitarne nie widziały żadnego zagrożenia.  

      Kościół anglikański jest określany jako wspólnota Marks & Spencer - miejsce dla co najmniej klasy średniej, jeżeli nie wyższej. Tym ruchem dziekan niechcący potwierdził miejsce wspólnoty w państwie, co w czasach powszechnej biedy i różnic majątkowych szczególnie kłuje w oczy.

      Mamy tu też świetny przykład, jak słynnym wytłumaczeniem "zasady BHP" (Health and Safety) można stanąć po czyjejś stornie konfliktu, nie mówiąc tego wprost. Powiedziałbym, że to typowo wyspiarski sposób załatwiania sprawy.

      Zamykając drzwi katedra traci ogromne sumy pieniędzy z biletów dla turystów (14,5 funta od osoby), ale z drugiej strony - staje po stronie bankierów, korporacji i bogatych. Niedobrze, zważywszy, że chrześcijaństwo z definicji miało stawać po stronie biednych i ubogich.

      Lubiłem chodzić do St. Paul's na niedzielne nabożeństwa, świetnie przygotowane i nabożnie odprawiane. Samo przebywanie w pięknym budynku przy perfekcyjnej muzyce mogło ubogacić nawet takiego agnostyka jak ja. I pewnie za jakiś czas też się tam wybiorę. Ale gdy z ambony padną słowa o tolerancji i równości, uśmiechnę się z niedowierzaniem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zamknięte drzwi katedry”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      środa, 26 października 2011 10:54
  • sobota, 08 października 2011
    • Obyś w Kawah Ijen pracował

      Wszystkim narzekającym na pracę polecam opowieść o górnikach z Kawah Ijen. Jest to kolejny wulkan we Wschodniej Jawie, tym razem gorąca siarka wypływa ze zbocza krateru tuż obok turkusowego jeziora. Górnicy formują siarkę w poręczne bryły, po czym targają ładunki, które mają nawet do 80 kilogramów, 200 metrów pod górę, a potem parę kilometrów w dół, do miejsca skupu. I tak 2-3 razy dziennie. Praca w Kawah Ijen to nie tylko kontuzje, ale przede wszystkim toksyczne siarkowe wyziewy, w których trzeba wspinać się pod górę. Za tą ciężką pracę górnicy zarabiają do 13 euro dziennie.















      I tutaj napomknę o dziwnym uczuciu, jakiego doświadczałem, gdy omijałem spoconych tragarzy, którzy z uśmiechem na twarzy stawali do zdjęć za papierosa (na zdrowie!), albo podśpiewywali sobie schodząc z góry. Oni przybyli tutaj z odległych zakątków Jawy, po zarobek i po lepszą przyszłość. Ja tutaj przybyłem dla atrakcji, dla zdjęć i z ciekawości. Zrobiliśmy zdjęcia dwójce tragarzy i ich sowicie nagrodziliśmy. Ale sprytny Francuz, który schodził przed nami do krateru, robił zdjęcia każdemu bez pytania i nie zostawiał złamanego eurocenta, zostawiając biednych ludzi ze zdumieniem na twarzy.

      Jaka będzie przyszłość tych tragarzy? Wielu górników było młodych, uczących się dopiero kontrolować siły i oddech przy dźwiganiu ciężarów. Może oni zarobią, odłożą, po czym przepłyną na pobliską wyspę Bali aby otworzyć kolejny kramik z pamiątkami dla turystów. Ale ci starsi pewno zostaną na Kawah Ijen na zawsze. Dziwny jednak jest ten świat.

      W drodze powrotnej spotkaliśmy niezwykle rozmowną wycieczkę studentów pedagogiki z Bondowoso - miasta we wschodniej Jawie. To taki pozytywny akcent na koniec tej przygnębiającej wędrówki. Indonezja rozwija się dynamicznie i błyskawicznie. I może właśnie ta młoda generacja będzie mogła w końcu zatrzeć jarzmo dawnych kolonii i ułożyć sobie życie lepiej, niż ci tragarze.

      Studenci podróżowali patriotycznie - z indonezyjską flagą. Ale na naszą prośbę na moment nad krater Ijen zawitały polskie klimaty.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Obyś w Kawah Ijen pracował”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      sobota, 08 października 2011 10:41
  • wtorek, 04 października 2011
    • Oko w oko z wulkanem

      Opuściliśmy magiczną Yogyakartę i wsiedliśmy do małego białego busika, który miał nas przetransportować prosto do Bromo - najsłynniejszego wulkanu na Jawie. Jak się okazało za chwilę, podróż okazała się równie emocjonująca. Kierowca bowiem - jak podobno większość indonezyjskich kierowców - wiózł nas w stylu co najmniej karkołomnym. Jego główną zasadą było "jechać najszybciej jak się da" oraz "używać hamulca najrzadziej jak się da". Droga była stosunkowo dobrze utrzymana, ilość dziur na poziomie polskim, dużo ciężarówek, motocyklów i innych busów. My natomiast wyprzedzaliśmy ze wszystkich możliwych stron, na trzeciego, czwartego, a czasami i szóstego. Jak trzeba było, jechaliśmy po przydrożnych wertepach, a czasami pod prąd. Długo by opowiadać, to trzeba przeżyć, zwłaszcza na skajowych twardych siedzeniach.

      Dojechaliśmy pod wulkan Bromo po bodajże 12 godzinach, już ciemną nocą. Wysiedliśmy przy hotelu na końcu drogi, tuż przy przepaści. W ciemności rysowały się trzy stożki wulkaniczne, widoczne niczym na wyciągnięcie ręki.
      Noc była krótka, bo już o 4tej rano wyjechaliśmy zobaczyć wschód słońca nad wulkanem Bromo. Z naszą grupą na pochyłym wzgórzu na spektakl Matki Natury czekało kilkadziesiąt innych grup, nawołując się nawzajem, gubiąc, denerwując i trochę marznąć (to było w końcu powyżej 2000 metrów npm.).














      Parę tygodni przedtem, Bromo miało pokaźną erupcję popiołów, a turystów nie wpuszczano na równinę pod kraterem. My byliśmy jedną z pierwszych grup, która mogła podziwiac krajobraz po erupcji. Było księżycowo, nieziemsko i popieliście. Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do schodków prowadzących na koronę wulkanu.




      Tam na górze było jeszcze bardziej nieziemsko. Dookoła tylko popiół, a czarnym, grafitowym leju coś się kotłowało, gotowało, strzelało.





      Gdy obserwowaliśmy turystów innych nacji próbujących zrobić rozsądne zdjęcie kupie największej kupie popiołu na świecie, balansując nad samym kreterem, Bromo kaszlnęło i prychnęło. W parę sekund owiał nas czarny dym z wulkanu, a z nieba zaczął padać deszcz popiołu. Uznaliśmy, że wystarczy nam i zawróciliśmy, czujac na plecach dalej oddech żywiołu.

      W powrotnej drodze spotkaliśmy Johna, irlandczyka, który od półtora roku podróżuje dookoła świata. Był w Chinach, Wietnamie, Kambodży, teraz w Indonezji. Przed swoją wyprawą pracował jako bankier inwestycyjny, ale wraz z kryzysem stracił pracę i teraz podróżuje, uczy angielskiego i pisze bloga. To wyjątkowo emocjonujące spotkanie, bo trudno znaleźć wiecznego wagabundę i podróżnika w naszym zabieganym świecie.




      Minęliśmy w połowie zasypaną hinduistyczną świątynię, próbując na chwilę zamarzyć, jak to jest - być wiecznym podróżnikiem. Na parkingu czekało na nas kilkanaście dżipów ustawionych w dwa rządku, a pomiędzy samochodami kręcili się sprzedawcy koszulek z wulkanem, ręczników z wulkanem i figurek z lawy z wulkanu. A my znów poczulismy się nie jak podróżnicy, tylko jak turyści w komercyjnej machinie do robienia pieniędzy, z której trudno się wyzwolić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Oko w oko z wulkanem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 października 2011 23:43
  • sobota, 03 września 2011
    • Pocztówki z Jawy

       Wystarczy pisania o jedzeniu. Teraz pora na ucztę innych zmysłów. Yogyakarta to przede wszystkim Borobudur i Prambanan - dwie olbrzymie świątynie znajdujące się na liście zabytków UNESCO. Po małym wahaniu rezerwujemy zbiorowe zwiedzanie. Powody są dwa: nie mamy za nadto czasu na borykanie się z miejscową komunikacją, a także chcemy zobaczyć jak naprawdę wygląda 'backpackerski' świat. Tutaj, w Yogyakarcie widać ogrom podróżników z całego świata. Backpakersi czyli plecakowcy z całego świata to przeważnie młodzież na 'gap year' czyli rocznej przerwie po ukończeniu studiów, albo starsi na 'career break' czyli mający przerwę w karierze.

      Budzimy się bardzo wcześnie, jeszcze ciemno, bo Borobudur zobaczymy o wschodzie słońca. Jest to jedna z największych świątyń buddyjskich na świecie, powstała w IX wieku n.e. i przetrwała czasy hinduizmu i muzułmańskie porządki bez uszczerbków. Tylko trzęsienia ziemi i wybuchający nieopodal wulkan zakłócają spokój 72 figur Buddy schowanch w kamiennych dzwonach.















      Świt jest piękny, widać przez chwilę złowieszczy wulkan Merapi, a płaskorzeźby mienią się różnymi kolorami.





      Wchodzimy na szczyt budowli i ... czar pryska. Ostre słońce pozbawia kolorów, wszystko jest albo wulkanicznie czarne, albo zakurzone i zmęczone. Nam też się oczy kleją z niewyspania, więc siadamy na śniadaniu razem z innymi podróżnikami z naszego busika. A jest niezła zbieranina: dziwaczny Amerykanin, który okazuje się nauczycielem angielskiego, francuska para i dwie holenderki.
      Wszyscy markotni i niewyspani, tylko Amerykanin stara się nawiązać konwersację z pewną niezgrabnością. "Wy jesteście Niemcami" - pyta nas. "Na litość boską nie!" odpowiadamy obruszeni i tłumaczymy dlaczego takie porównanie jest niezbyt adekwatne. NIezrażony Amerykanin strzela dalej "a ty jesteś Vietnamką" - pyta francuskiej dziewczyny o orientalnych rysach. "Nie dyskryminują cię tam we Francji?" Dziewczyna robi wielkie oczy po czym łamaną angielszczyzną tłumaczy że nie.
      Z tyłu Australijczycy walczą z kacem przy lichym toście, jaki dostaliśmy w pakiecie wycieczkowym. "A jak się podobał Borobudur" pyta nasz jankeski rozmowniś. "Szczerze mówiąc, nie zachwyciło mnie to. Nie uważam, że było to warte pobudki o 4tej rano" - odpowiada Australijczyk, po czym szybko rpzechodzi do snucia planów, gdzie będzie surfował na Bali.
      Zbieramy się i jedziemy do Prambananu. Po drodze mały przystanek w małej buddyjskiej świątyni. Cieszymy zmysły pięknym ogrodem, podpatrujemy młodych mnichów słuchających nauki mistrza i podziwiamy rzeźby, w tym posąg Buddy śpiącego (to się nazywa podejście do życia!).











      Prambanan to hinduska świątynia poświęcona Trójcy Świętej: Brahmie, który jest stworzycielem, Wisznu - utrzymującym życie na ziemi i Sziwie - bogowi zniszczenia. Docieramy na miejsce już po południu i ta pora skazuje nas od razu na przegraną. Proszę sobie wyobrazić bezdrzewną pustynię, czarne posadzki i czarne świątynie, temperaturę +40 w cieniu i tłumy zwiedzających.











      Uparcie jednak wspinamy się po kamiennych schodkach i podziwiamy piękne reliefy. Przy okazji zauważamy parę mijscowych robiących nam ukradkiem zdjęcia. Gdy wracamy zacienionym parkiem, czujemy się już jak gwiazdy. Jeszcze tylko kilka rodzin prosi nas o zdjęcie, ustawiamy się w miłej pozie, biali, spoceni i chwiejący się na nogach. To dopiero atrakcja! I robimy sobie zdjęcia w rewanżu.

      Droga powrotna obfituje w polityczne pogawędki międzynarodowe. Gdy już wytłumaczyłem jak się Polska czuje w Unii po latach odosobnienia, Amerykanin opowiada o trudnej historii amerykańsko - japońskiej, zakończonej obecnie wręcz braterską miłością. Kończymy śmiejąc się ze wszędobylskich stereotypów. Ja tłumaczę, że mamy w Polsce już kombajny i nie trzeba stać po mięso w sklepach. Napominam o ciekawym widzeniu świata przez Brytyjczyków i o tym, jak się śmieją z Niemców i Francuzów. "My też się śmiejemy z Niemców" - dopowiada Holenderka. "Że na plażach kopią dołki w piasku i w nich siadają. I Francuzi mają te śmierdzące sery". "Sery są okej, ale za to jedzenie w Anglii nie nadaje się do niczego". dopowiada Franzuzka. "A my nie jesteśmy tacy grubi i nie spędzamy całego czasu w McDonaldach" - zapewania Amerykanin, który z drugiej strony zauważa, że wielu Amerykanów nigdy nie opuściło nie tylko kraju, nawet stanu. "Wielu nie ma nawet paszportów". Gdy dojeżdżamy do Yogyakarty, mamy jeden wniosek: nie słuchać uprzedzeń, tylko podróżować i potem wyciągać własne wnioski.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zmywax
      Czas publikacji:
      sobota, 03 września 2011 23:29

Kanał informacyjny